W pogoni za legendą Abramsa: od M1 do M1A1HC cz. I

Mało który czołg budzi tyle emocji co M1 Abrams. Można wręcz stwierdzić, że przez pewien czas funkcjonował swoisty „mit Abramsa” jako najlepszego czołgu na świecie i pogromcy sowieckich maszyn. Choć M1 powstał w szczycie zimnej wojny i miał stanowić bat na hordy radzieckich czołgów przedzierających się przez przesmyk Fulda, w pierwszych wersjach był pojazdem dość ubogim i trapionym licznymi problemami. Warto zatem przedstawić długą drogę, którą przeszedł M1, zanim doczekał się miana jednego z najlepszych czołgów podstawowych na świecie.

Po fiasku amerykańsko-niemieckiego programu MBT70 palącym problemem stała się konieczność znalezienia następcy Pattonów. Nikt nie miał złudzeń co do ich wartości bojowej w starciu z nowymi konstrukcjami z ZSRR, w tym bronią przeciwpancerną. Kryzys paliwowy lat 70., ostre cięcia budżetu oraz niepopularna wojna w Wietnamie spowodowały, że każdy projekt nowego sprzętu dla US Army znajdował się pod bacznym okiem Kongresu. Kluczowe było ścisłe pilnowanie kosztów i wykonalności projektu. Program nowego czołgu podstawowego rozpoczęto w styczniu 1972 roku. Nieprzekraczalną cenę jednostkową określono na 507 790 dolarów według ówczesnej siły nabywczej. Zakładano zbudowanie nieco ponad 7 tys. maszyn, a moce produkcyjne szacowano na około 150 czołgów miesięcznie. W zasadzie od początku przewidywano wyłonienie zwycięzcy w drodze postępowania konkurencyjnego. Chrysler i General Motors miały przedstawić swoje propozycje. W 1975 r. nastąpiły dwa kolejne ważne wydarzenia w programie: ostatecznie uznano, że niemiecka gładkolufowa armata 120 mm będzie najlepszym długofalowym rozwiązaniem, a także uzyskano dostęp do brytyjskich technologii pancerzy specjalnych pod kryptonimem „Burlington”. Te działały na czynnik rażący półaktywnie. Przeciw amunicji kinetycznej zapewniały ochronę jak warstwa stali o tej samej masie. Wobec kumulacyjnej ów współczynnik był dwukrotnie wyższy.

Szacunki kosztów z 1972 roku.

W efekcie prowadzonych prac projektowych z lat 1972-77 wykrystalizowały się dwa priorytety. Pierwszym było trzymanie się ograniczeń budżetowych, ale przy zachowaniu zasadniczego potencjału modernizacyjnego. Drugi czynnik stanowiło bezkompromisowe podejście do życia załóg.

Priorytet pierwszy – budżet

Konstruktorzy M1 zdawali sobie sprawę, że będą musieli poświęcić wiele planowanych rozwiązań, by zmieścić się w budżecie. W pierwszej kolejności porzucono myśl o armacie większego kalibru. Mimo wspomnianej konkluzji, dotyczącej niemieckiego uzbrojenia kalibru 120 mm jako najbardziej perspektywicznego, już w 1976 r. uznano, że M1 zachowa armatę 105 mm. Wydarzyło się tak z racji na niższą cenę oraz potężne zapasy amunicji tego kalibru w zasobach amerykańskich sił zbrojnych. Czołg z docelowym uzbrojeniem miał wejść do służby w połowie lat 80. Kolejną kwestią był system kierowania ogniem. Z rozmysłem zrezygnowano ze stabilizowanego, panoramicznego celownika dowódcy z niezależnym torem nocnym na rzecz prostszego podglądu widoku z celownika działonowego przez dowódcę, jak w starszych czołgach. Odrzucono też wizję automatu ładowania i zmechanizowanego magazynu niszy wieży jako droższych (i bardziej podatnych na awarię) niż tradycyjny, „analogowy” ładowniczy. Zrezygnowano także z zaawansowanego układu filtrowentylacyjnego i przeciwatomowego na rzecz prostych filtrów oraz generatora nadciśnienia w pojeździe. Szukano również oszczędności w szeregu innych podzespołów, od kamer termalnych aż po elementy układu napędowego. Na skutek zmniejszenia siły nabywczej dolara oraz wzrostu kosztów programu, w 1976 r. koniecznością stało się podwyższenie dopuszczalnej ceny jednostkowej do przeszło 754 tys. USD przy założeniu produkcji minimum 30 wozów miesięcznie.

Demonstrator technologii XM1 z 1976 roku.

Efekty wspomnianych oszczędności wyszły na wierzch podczas testów porównawczych z Leopardem 2AV. Wersja niemieckiego czołgu opracowywana pod kątem wymagań Amerykanów została zubożona o praktycznie wszystkie awangardowe rozwiązania. Mimo drastycznych cięć nowy Leopard 2AV (od „Austere Version”, z ang. „wariant uproszczony”) kosztował 787 700 dolarów, zaś XM1 728 400 dolarów, zatem o około 8% mniej według siły nabywczej tej waluty z 1976 r. Wokół testów Leoparda 2AV w USA oraz oceny jego pancerza narosło wiele niejasności. W literaturze dominuje narracja powtarzana za amerykańskimi historykami: Zalogą i Hunnicuttem. Zgodnie z nią Leopard 2AV został lepiej oceniony pod względem SKO oraz dopracowania podzespołów i czynników eksploatacyjnych. Z drugiej strony, uznano go za słabiej opancerzonego niż XM1 oraz zdecydowanie gorzej chroniącego życie załogi. Był też pojazdem droższym, a przy tym nie spełniał wielu amerykańskich wymagań.

Oficjalne dokumenty z prób i wyniki porównania pozostają utajnione. Jednak wiadomo, że Leopard 2AV został poddany ocenie w ledwie 77 z 117 kryteriów, które zastosowano wobec prototypów XM1. Z owych branych pod uwagę aspektów XM1 Chryslera otrzymał maksymalną notę w 48 kategoriach (62%) zaś Leopard 2AV w 61 (79%). Koniec końców nie miało to wpływu na zasadniczą ocenę Amerykanów, dla których niemiecki czołg wciąż był droższy, posiadał niższy poziom integralności pancerza oraz zdecydowanie gorzej chronił załogę w przypadku przebicia.

Niemniej okazało się, że Abrams pod względem siły ognia odstawał od niemieckiego rywala. Tym, z czego jeszcze nie zdawano sobie sprawy, była tragicznie niska skuteczność amunicji 105 mm wobec pancerzy nowych sowieckich czołgów. Sami Amerykanie wiedzieli, że tym wyborem znacząco zubożyli swój pojazd.

Docelowy prototyp XM1 M1 Abrams

Jednak Abramsa od początku projektowano z myślą o blokach (tudzież transzach), czyli kolejnych zasadniczych seriach produkcyjnych. Każda miała zapewnić skokową poprawę podstawowych parametrów pojazdu w miarę uzyskiwania dostępu do nowych technologii oraz… większego budżetu Departamentu Obrony. Dlatego już w 1978 r. rozpoczęto prace nad M1E1, czyli czołgiem z nową armatą 120 mm, ulepszonym SKO oraz układem ochrony przed bronią ABC. Nowy wariant miał wejść do produkcji w 1985 r. Zlecono też próbę opracowania własnego silnika Diesla. A nie był to koniec zmian. Zakładano dalsze ulepszanie pojazdu w miarę pojawiania się nowych technologii i rozwiązań technicznych. Lecz pod jednym względem Amerykanie już od początku porzucili szukanie oszczędności.

Priorytet drugi – życie załogi

Dla US Army warunkiem sine qua non był najwyższy poziom ochrony zdrowia i życia załogi, nawet za cenę niższej przeżywalności samego pojazdu. Wynikało to nie tylko ze strat osobowych i traumy konfliktu w Wietnamie, ale też doświadczeń izraelskich czołgistów w wojnie Jom Kippur w 1973 r. Okazało się, że można było dostarczyć nowe czołgi do teatru działań wojennych, ale wąskim gardłem stawała się dostępność wyszkolonych załóg. Było to odwrotne podejście niż choćby u Sowietów. W Związku Radzieckim zakładano maksymalizację przeżywalności pojazdu na atomowym polu walki oraz wobec broni przeciwpancernej, jednocześnie nie przejmując się losem załóg po ewentualnym przebiciu pancerza.

Idea prawie pełnej izolacji amunicji 105mm od załogi pojazdu.

M1 Abrams powstał jako pojazd bezkompromisowo chroniący załogę. W zasadzie wszystkie wątpliwości projektowe rozstrzygano na korzyść integralności pancerza oraz jak najwyższego poziomu zapewnianego załodze bezpieczeństwa. Temu zadaniu podporządkowano też inne funkcje wozu, godząc się nawet z ryzykiem spadku przeżywalności maszyny na polu walki. Projektując nowy czołg, założono prawie całkowitą izolację amunicji od załogi. Na 55 scalonych naboi 105 x 617 mm R aż 44 mieszczą się w dwóch magazynach niszy wieży: zasobniku pierwszej gotowości (22 sztuki), obsługiwanym przez ładowniczego, oraz magazynie drugiego rzutu, zlokalizowanym za plecami dowódcy (również 22 sztuki). Oba zasobniki mają łącznie po trzy klapy wydmuchowe (słabe ogniwa) umieszczone w stropie niszy. Oddzielono je pancernymi drzwiami przesuwnymi, które separują amunicję od przedziału wieży, przy czym wrota po stronie ładowniczego posiadają własny napęd. Jako dodatkowe zabezpieczenie o krytycznym znaczeniu obszar ten opracowano tak, aby w razie gwałtownego wybuchu składowanej amunicji uległ dezintegracji, rozpraszając energię eksplozji. W tym celu zastosowano inny rodzaj pancerza specjalnego na wysokości burt magazynu pierwszego rzutu. Samą niszę zaprojektowano tak, aby pod względem wytrzymałości była słabsza niż przegrody (i drzwi przesuwne) oddzielające ją od przedziału załogi. Oczywiście istnieje pewne ryzyko związane z wyeksponowaniem amunicji w czasie procedury wyjmowania naboju z gniazda, co trwa około 4-5 sekund (podobnie jak w Leopardzie 2).

Trzeci magazyn amunicji mieści się w kadłubie, za pierścieniem wieży, przy prawej burcie. Zawiera 8 sztuk amunicji 105 mm. Także on został odizolowany od załogi pancernymi drzwiami i posiadał słabe ogniwa w dnie (dwie klapy wydmuchowe rozdzielone drążkami skrętnymi) oraz w stropie (jedna klapa). Ostatnim magazynem jest podręczny zasobnik wysokiej gotowości na 3 sztuki amunicji, umieszczony na dnie kosza wieży. Miał być wykorzystywany w ciągu pierwszych minut walki. Ów pomysł zaburzał koncepcję całkowitego wyprowadzenia amunicji armatniej z przedziału załogi, a ładowanie z tego miejsca było mniej wygodne niż z niszy wieży. W późniejszych wersjach pojazdu zrezygnowano z tego rozwiązania.

Wczesny M1 Abrams i jego 4 magazyny amunicji: dwa w niszy wieży, jeden kadłubowy oraz zlikwidowany później magazynek na 3 naboje na dnie kosza wieży.

Ubocznym efektem składowania 90% amunicji 105 mm w wieży było jej znaczne wydłużenie oraz powstanie dużego wyeksponowanego obszaru, jeżeli oś wieży (mówiąc kolokwialnie, armata) nie znajdowała się w równoległym położeniu do osi kadłuba. W efekcie rosło ryzyko wyeliminowania pojazdu z walki poprzez trafienie w burtę niszy wieży i doprowadzenie do deflagracji amunicji. O ile drzwi grodzi były zamknięte, to trafienie i wypalenie niszy nie oznaczało zniszczenia pojazdu, choć remont stanowił pewnik. Nawet w przypadku eksplozji amunicji, w najgorszym razie mogło dojść miało do dezintegracji niszy kosztem ocalenia przedziału załogi.

Można zatem uznać, że Amerykanie zwiększyli szanse załogi kosztem… obniżenia przeżywalności pojazdu. Z punktu widzenia doświadczeń lat 70. oraz przechodzącej na żołnierzy zawodowych US Army maksymalizacja bezpieczeństwa załogi miała jednak głęboki sens. To właśnie dostępność wyszkolonych żołnierzy była przewidywanym „wąskim gardłem”. Zgodnie z prognozami już po tygodniu walk o wysokiej intensywności związki taktyczne miały mieć do dyspozycji więcej czołgów niż czołgistów…

Suma oszczędności

7 maja 1979 r. zaaprobowano produkcję wczesnych serii M1 (110 czołgów). Pierwsze dwa egzemplarze uroczyście dostarczono 28 lutego 1980 r. Przez cały rok miało miejsce gorączkowe poprawianie niedoróbek i wad pojazdu. Te okazały się dość znaczne, zwłaszcza w obszarze układu napędowego. W zasadzie wprowadzanie korekt miało miejsce równocześnie z produkcją pierwszych maszyn seryjnych. W 1981 r. czołg podstawowy M1 Abrams uznano za na tyle dojrzały, że zamówiono 7058 pojazdów. Z tej liczby w bazowej konfiguracji wyprodukowano 2374 egzemplarze do stycznia 1985. Następne serie miały przejść poważne rewizje, począwszy od pancerza, który ad hoc wzmacniano. Mówiąc dyplomatycznie, wczesny M1 nijak nie przystawał do legendy, którą owiane były późniejsze warianty.

Po pierwsze, był wozem awaryjnym. Koncepcja dopracowywania czołgu równolegle z produkcją seryjną, a także tworzenia na bieżąco instrukcji obsługi i eksploatacji, za podstawę biorąc użytkowanie pierwszych maszyn w linii, spowodowała, że pojazd może i trafił do jednostek, ale trudno było opisać go mianem niezawodnego. Co ciekawe, mimo że testy prototypów pokazały zakładaną (i bardzo dobrą) żywotność podzespołów oraz resursy między przeglądami, to seryjne egzemplarze psuły się na potęgę. Tak wydarzyło się nie tylko z winy fabryki, która nieraz wprowadzała własne „twórcze” ulepszenia konstrukcji, nie informując o tym zespołu projektowego, ale też i pancerniaków, którzy nowe pojazdy traktowali jak drogie zabawki. Prawdziwą plagą były pożary silników Honeywell AGT1500. Do 1990 r. to wydarzyło się prawie 330 razy. Przyczyną ponad co trzeciego przypadku była awaria układu zasilania. Jednak wraz z opracowywaniem nowych instrukcji oraz właściwym szkoleniem załóg, jak również racjonalizacją procesu produkcyjnego, następował szybki spadek awaryjności maszyn.

Finalnie jednak Amerykanie osiągnęli zakładaną bezawaryjność czołgów rodziny Abrams.

Kłopotem okazała się siła ognia pojazdu, a raczej jej brak. Choć czołg charakteryzywał się znakomitą celnością w ruchu, to niestety w SKO bardzo brakowało stabilizowanego, panoramicznego przyrządu dowódcy. Poza wieńcem peryskopów w ruchomej kopule i wygodnym pulpitem naprowadzania wieży dowódca dysponował wyłącznie podglądem celownika działonowego (GPS Extension) bez możliwości zmiany powiększenia. Niezależny, pozbawiony stabilizacji celownik peryskopowy CWSS, o stałym, 3-krotnym przybliżeniu, służył wyłącznie do obsługi wielkokalibrowego karabinu maszynowego M2 zamontowanego w ruchomej kopule dowódcy. Jego faktyczne możliwości obserwacyjne były gorsze nawet niż sowieckiego odpowiednika o nazwie TKN-3. Jednak należy zaznaczyć, że CWSS nie został zaprojektowany do użycia z uzbrojeniem głównym, a do samoobrony z pomocą karabinu maszynowego. O ile podczas postoju lub powolnego ruchu pojazdu dowódca obserwowal pole walki lornetką, siedząc w otwartym włazie, to operując na polu walki ABC, pod ostrzałem artylerii lub przy prędkości wyższej niż kilka km/h, był skazany na podgląd celownika działonowego. Poważne zarzuty wysuwano także do jakości obrazu kamery termalnej, która okazała się gorsza niż w… amerykańskim rozwiązaniu o nazwie WBG-X w czołgach Leopard 2A4, jak również w kamerach nowszych modernizacji w Pattonach i BWP M2 Bradley.

Jednak największym problemem M1 była nieskuteczność amunicji 105 mm przeciwko sowieckim czołgom nowszych typów. Nowy pocisk podkalibrowy typu M774 z 1979 r. przebijał ekwiwalent około 360 mm walcowanej na gorąco jednorodnej stali pancernej, gdy strzelano nim z około 2 km. Gdy ów dystans zmniejszał się o połowę, maksimum penetracji wynosiło około 400 mm. Ponieważ sami Amerykanie mieli poważne wątpliwości co do możliwości M774, dość szybko opracowano ulepszony M833, który wszedł do służby w latach 1983-84. Jego rdzeń ze zubożonego uranu miał długość 427 mm i średnicę 27 mm. Ponieważ zdolność pokonywania płyty stalowej nie przekracza długości rdzenia, już w tu widać, jakie mógł mieć osiągi. Wbrew spotykanym do dziś w literaturze rosyjskiej danym (500 mm), M833 pokonywał około 380 mm stali z dystansu 2 km, zaś poniżej 1 km przebijał maksymalnie 420 mm.

W czym tkwił problem? W sowieckim T-64B z 1976 r. (Obiekt 447A) odporność frontu wieży w zakresie około 30° od osi podłużnej wynosiła ekwiwalent do 450 mm stali. Wieża Obiektu T-72A z 1979 r. (Obiekt 172M-1) pod podobnymi kątami stanowiła równoważnik około 400-420 mm RHA (walcowanej na gorąco jednorodnej stali pancernej). Nowo wprowadzany T-72B z 1984 r. (Obiekt 184) miał już osłonę rzędu 540 mm. Odporność kadłubów wymienionych maszyn wynosiła odpowiednio: dla T-64B 400 mm (dla dodatkowo opancerzonych wczesnych pojazdów), zaś od 1982 r. 450 mm RHA, 400-420mm dla T-72A oraz 480-500mm dla T-72B. Sowiecki T-80B (Obiekt 219R) z 1978 r. dysponował ochroną w zasadzie tożsamą z T-72A. Jak można zauważyć, nawet najnowszy M833 z rdzeniem z zubożonego uranu nie gwarantował pokonania pancerzy sowieckich czołgów z lat 1976-1979! Oczywiście trafienie w burtę kadłuba lub wieży musiało poskutkować perforacją osłony, ale już front sowieckich maszyn był możliwy do pokonania w zasadzie wyłącznie poprzez trafienie w osłabione rejony frontu wieży i kadłuba. Szanse na to oscylowały wokół 20-30%, w zależności od typu pojazdu i kąta trafienia. Taka też była maksymalna skuteczność M833…

Źródło: artykuł Autora o Merkavie Mk.I w https://fragout.uberflip.com/i/1298584-frag-out-magazine-31-pl/11?

Mówiąc krótko, w szczycie zimnej wojny załogi amerykańskich czołgów nie dysponowały skutecznym orężem do zwalczania sowieckich tanków, co było pokłosiem fatalnej decyzji o pozostawieniu armat 105 mm. Chyba najlepiej podsumował to James M. Warford, amerykański emerytowany pancerniak oraz instruktor taktyki wojsk pancernych w Fort Knox i Fort Leavenworth: „Zimnowojenne szacunki na temat czołgów Sowietów były generalnie chybione w wielu przypadkach. Prawdopodobnie jednym z najgorszych tego przykładów jest historia rozwoju 105 mm amerykańskiej oraz NATO-wskiej amunicji czołgowej. Byliśmy w bardzo złej sytuacji z naszymi 105 mm w tamtych czasach i nawet o tym nie wiedzieliśmy”.[1]

Jeden z odtajnionych dokumentów CIA podających odporność jednej z wczesnych wersji pancerza Abramsa.

Na tym tle zdecydowanie lepiej wypadała odporność wczesnych M1, acz z niepokojącymi prognozami na przyszłość. Dzięki odtajnionym materiałom CIA z 1982 r. znamy ową dość dokładnie dla wieży pojazdu. Uśredniona wartość osłony jednej z kompozycji pancerza wynosiła 400 mm RHA przeciw amunicji kinetycznej oraz 750 mm RHA przeciw kumulacyjnej. W stosunku do wozów Sowietów odporność przeciw APFSDS była zbliżona (lub tylko o 5-10% gorsza), ale za to znacząco lepsza przeciw amunicji HEAT, bo nawet o 30%. Pancerz wczesnego Abramsa stanowił I generację osłon specjalnych, czyli bezpośrednią kopię brytyjskiego Burlingtona o amerykańskim kryptonimie Starflower. Osłona przeprojektowana przez Ballistic Research Laboratory (BRL) miała postać szeregu skośnie ustawionych „pakietów” NERA/NxRA, czyli niewybuchowego/nieenergetycznego pancerza reaktywnego.

Osiągana uśredniona skuteczność osłony frontu wieży nie mówi zbyt wiele bez osadzenia jej we właściwym kontekście. Jest nim amunicja, jaką dysponowali Sowieci. Tutaj należy uznać, że czołg amerykański był świetnie chroniony przed kumulacyjnymi środkami rażenia. Dopiero w drugiej połowie lat 80. Sowietom udało się wprowadzić w przeciwpancernych pociskach kierowanych (ppk) głowice kumulacyjne o zdolności pokonywania 650 mm stali. Do tego czasu M1 był zatem dość bezpieczny. Z początku równie korzystnie przedstawiała się odporność M1 na amunicję podkalibrową (APFSDS-T). Konstrukcje Sowietów z lat 70. pokonywały do około 310 mm stali na 2 km, zaś na dystansie 1 km około 350 mm. Dodając do tego bardzo wysoką integralność pancerza, załogi M1 miały prawo czuć się bezpiecznie.

Źródło: artykuł Autora o Merkavie Mk.I w https://fragout.uberflip.com/i/1298584-frag-out-magazine-31-pl/13?

Jednak niepokoiły prognozy szybkich zmian, do jakich miało dojść w sowieckich środkach przeciwpancernych. Wywiad brytyjski szacował, że w drugiej połowie lat 80. pojawi się sowiecki APFSDS-T z rdzeniem ze spieku wolframu, zdolny pokonywać do 480 mm RHA z dystansu 1 km. Przewidywano też powstanie nowego pocisku podkalibrowego, który pod koniec dekady miał osiągnąć do 630 mm RHA z odległości 1 km. Uważano również, że w drugiej połowie lat 80. sowieckie ppk przekroczą poziom 750 mm przebijalności, by we wczesnych latach 90. osiągnąć ponad 1000 mm RHA. Jak pokazał czas, to były bardzo dokładne i trafne prognozy. Zostały potraktowane z należytą uwagą również w USA, dlatego Abramsa czekała istna lawina zmian.

Jaki zatem był wczesny M1?

Bez wątpienia wyróżniał się integralnością osłony oraz wytrzymałością pancerza wobec sowieckiej amunicji kinetycznej i kumulacyjnej. Jego odporność na środki rażenia „drugiej strony” była nawet lepsza niż maszyn sowieckich. Aż do czasu wprowadzenia dodatkowych modułów ERA (wybuchowego pancerza reaktywnego) pancerze tych ostatnich były nie dość skuteczne względem ppk krajów NATO. Niestety prognozy gwałtownego wzmocnienia siły rażenia sowieckiej amunicji wymusiły forsowny program poprawy osłony czołgu, żeby utrzymać tak korzystną sytuację. Pod względem ochrony wczesny M1 wyprzedzał Leoparda 2, ale ustępował młodszemu Challengerowi 1. Unikalna była ochrona życia załogi w przypadku przebicia pancerza pojazdu. Maszyna Amerykańska deklasowała konkurencję, włącznie z osławionymi Merkawami.

Wczesny M1 był pojazdem, któremu daleko było do bezawaryjności, ale już ruchliwość w terenie stanowiła jego mocną stronę. Pod tym względem bił na głowę większość rywali, w tym „turbowałowy” T-80B. Jedyną maszyną o porównywalnej mobilności, ale za to o zdecydowanie wyższej niezawodności, był niemiecki Leopard 2.

Skomplikowana była ocena siły ognia. Ergonomiczne stanowisko pracy działonowego i wysoka celność w ruchu, a także szansa trafienia celu za pierwszym strzałem, kontrastowały z wyjątkowo ubogim środowiskiem pracy dowódcy pojazdu. Warto jednak zaznaczyć, że pod tym względem M1 nie wyróżniał się in minus względem innych czołgów (poza Leopardem 2). Właściwy SKO niemieckiego pojazdu był lepszy, jeśli wziąć pod uwagę funkcjonalność dostępną dowódcy. Czy miało to odniesienie do realiów pola walki? Niewątpliwie zaawansowany SKO był pomocny dla poborowych załóg Bundeswehry w tych maszynach.

Rozwiązania z M1 deklasowały z kolei sowieckie czołgi rodziny T-72, które SKO jako takiego nie posiadały. Względem T-64B i T-80B należy zaznaczyć, że rozwiązanie amerykańskie posiadało kamerę termalną, a także układ stabilizacji o bardzo małych wartościach błędów. Należy jednak podkreślić, że wbrew obiegowym opiniom nowoczesne wozy Sowietów (T-64B i T-80B) miały wyrafinowane, bardzo dobre SKO. Celność pojazdu zależy jednak od wielu czynników: zawieszenia (które w M1 jest niezłe), dopracowania armaty, jakości stabilizatorów, amunicji itp. Suma czynników sprawiała, że M1 był bardzo celny w ruchu, zaś wozy Sowietów, mimo zaawansowanych SKO, już nie.

Prawdziwym problemem była jednak nieskuteczna amunicja do armaty 105 mm. Jej zdolność do perforacji pancerza sowieckich czołgów ograniczała się do burt lub osłabionych obszarów od frontu. Szanse na uzyskanie trafienia w jeden z tych ostatnich wynosiła 20-30%. Niekorzystnej sytuacji nie zmieniał fakt, że pojazdy z ZSRR miały równie nieskuteczną względem M1 amunicję, tyle że kalibru 125 mm.

Koniec części pierwszej.


[1]Wywiad z Jamesem M. Warfordem z dn. 25 marca 2015 r., Tank and AFV News. Dostęp: https://tankandafvnews.com/2015/03/25/q-a-with-jim-warford/

Autor pragnie podziękować Damianowi Ratce za pomoc podczas pracy and artykułem.

ARTYKUŁ ZAMIESZCZONY RÓWNIEŻ DZIĘKI WSPARCIU PATRONÓW:
Kamil Oleksiak, Darek Kowalski,Ja mvc, Karol Słuszniak, Krzysztof Książek, Mariusz Złotucha, Artur Powroźnik, Marcin Martyn, Mateusz Dajerling, Hubert Raich, Artur Gemula, Grzegorz Taramina, Andrzej Fidut,Tomasz Gach, Jacek Kazimierczak, Mikołaj Jakub Barski,Grzegorz Borecki, Pawel Skrzypek, Jan Mączynski, Przemek Szynkora,Mariusz Molik, Michał Krupej, Edward Sloska,Piotr Milczarek,Mateusz Bryniak, Marek Sobolewski, Juliusz Śniadewicz, Piotr Pekala, Jurek Morito, Mariusz Gomuła,Przemysław Sawicki,Daniel Kubas, Jarosław Potoczny, Darek Procyk, Krzysztof Warzecha,Michał Romanowski,Janusz Wilczek, Adam Komorowski, Grzegorz Lorenc, Damian Szurowski, Adam Dziergwa, Jaroslaw Budzisz, Krzysztof Czajkowski,Krzysztof Wiśniewski, Lech Krekoteń,Michał Gruda, Tomek Kotecki, Adam Trzcionka, Slawomir Bubel, Sabaoth Baalewicz, Justyna Nurzyńska, Damian Bogdanowicz, Patryk Pukała, Grzegorz Bieganski, Ewa Redlarska,Anna PG,Wojtek Kowalczyk,Slawek Dworczak,Andrzej Brański,Justyna Wojdyła,Pawel Guz, Dariusz Grobelny,Tomasz Nowakowski, Tomasz Rogawski,Tomasz Cieplinski,Krzysztof Madeja,Malwina Ornowska-Skelnik,Karol Sitek, Damian Basta,Marcin Smolinski,DoradcaStasiak Stasiak, Arkadiusz Jankowski, Gregorio Kus, aktywny Piotr Stelmarczyk,
Paweł Pawlak, Daniel Busłowicz,Marcin Kwaśnik,Sławomir Mariat, Mar Kan,Tomasz Stachowicz, Morhun Varsik

Dziękuję też 20 innym – pragnącym zachować anonimowość – Patronom